Inny, ale najukochańszy

Jul 25, 2018 at 1:42 pm

Martyna, jak każda matka, marzyła o urodzeniu zdrowego dziecka. Tymczasem los chciał inaczej. Posłuchajmy…

Mieliśmy już dziesięcioletniego syna i długo nie mogliśmy zdecydować się na drugie dziecko, zawsze było jakieś ale. A to za małe mieszkanie, a to za małe zarobki. W końcu wzięliśmy kredyt hipoteczny i gdy kupiliśmy większe mieszkanie postanowiliśmy “powiększyć” rodzinę. Byłam taka szczęśliwa, gdy zaszłam w ciążę! Przez całe dziewięć miesięcy wyobrażałam sobie jak będzie wyglądało maleństwo, które noszę pod sercem. Nie chciałam znać płci dziecka, w skrytości marząc, że będzie to dziewczynka. Kiedy usłyszałam słowa lekarza, że urodziłam syna od razu zapomniałam, że tak naprawdę oczekiwaliśmy z mężem córki. Tuliłam tę małą istotkę do piersi, byłam najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Jednak moje szczęście zostało brutalnie przerwane słowami lekarza, stwierdzającego, że mój malutki Jasiu ma zespół Downa.

Nie wierzyłam, nie docierały do mnie te słowa, byłam pewna, że to pomyłka. Na początku czułam złość i żal, a później ogarnęło mnie poczucie winy. Może nie powinnam decydować się na drugie dziecko, może byłam na to za stara? Ale przecież wiele kobiet rodzi zdrowe dzieci w wieku 38 lat, dlaczego więc akurat mnie przytrafiło się takie nieszczęście?  Nie wiedziałam nic o tej chorobie, nie chciałam wiedzieć, nie przyjmowałam do wiadomości, że mój syn jest “inny’. Tym bardziej, że początkowo wyglądał i rozwijał się jak normalne dziecko. Wierzyłam, że chorobę da się wyleczyć, od stanu radości, przechodziłam w stan totalnej depresji. Byłam tak zapatrzona w Jasia, że nie zwracałam uwagi ani na męża, ani na starszego syna. Nie widziałam, że oni też cierpieli, widząc moje beznadziejne zachowanie.

Któregoś dnia mój mąż przyniósł stos książek opisujących zespół Downa i stwierdził, że musimy stanąć do walki, wziąć byka za rogi i zgodnie stwierdzić, że nasze dziecko jest w jakiś sposób upośledzone. Jeżeli to do mnie nie dotrze, nigdy nie będziemy mogli Jasiowi pomóc. Postanowiłam wziąć się za siebie, przeczytałam wszystkie książki, przeszperałam zasoby internetu. Dowiedziałam się, że zespół Downa nie jest tak naprawdę chorobą, ale następstwem wady genetycznej, powodującej, iż rozwój dziecka jest spowolniony i w dużej mierze zależy od tego, jak wcześnie rozpoczęta zostanie rehabilitacja. Dostałam też bardzo cenną wskazówkę: postępy dziecka z Downem zależą od kapitału uczuć, które otrzyma od swoich bliskich. Dzięki mojemu mężowi i z jego pomocą dojrzałam do tego, by zaakceptować upośledzenie naszego synka.

Od tamtej pory minęło już pięć lat – nie powiem, że było lekko. Znalazłam w internecie chyba wszystkie fundacje i stowarzyszenia pomagające rodzicom dzieci z zespołem Downa. Nasz Jasiu jest pod stałą opieką psychologa, spotykamy się z ludźmi tak samo jak my doświadczonymi przez los. Trudne to były spotkania, bo przychodzili na nie rodzice z dziećmi w różnym wieku.  Z przerażeniem spoglądałam na starsze dzieciaki i oczami wyobraźni widziałam naszego Jasia za kilka lat. Czy będzie taki sam? Czy będzie mógł kiedyś samodzielnie funkcjonować?  Tymczasem nasz syn, dzięki nieustannej rehabilitacji robił postępy: dużo mówił, był niesamowicie wygimnastykowany i sprawny fizycznie.

Dzisiaj już wiem, że gdy pojawił się w naszym życiu, przewrócił je do góry nogami, ale dzięki temu staliśmy się sobie bliżsi, bardziej rozumiejący swoje potrzeby, bardziej kochający. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy ludzie akceptują osoby upośledzone, wiem, że czeka nas zapewne wiele przykrych chwili. Ale jestem dumna z mojego Jasia, mimo, iż nigdy nie będzie taki sam jak inne dzieci. I nie zależy mi na tym, żeby taki był – bo dla nas jest najukochańszy!