Młodzieżowy dziadek

Aug 1, 2018 at 5:41 pm

Mirek jest typem wiecznego młodzieńca. Mimo swoich sześćdziesięciu siedmiu lat ubiera się jak dwudziestolatek, chętnie przebywa w towarzystwie młodzieży. Ba, jest już nawet dziadkiem, ale za żadne skarby świata do tego się nie przyznaje. Posłuchajmy…

Mówią, że każdy wiek ma swoje prawa. Może coś w tym jest, ale ja nie mam zamiaru poddawać się stereotypom. Nie muszę przecież spotykać się z moimi kumplami – rówieśnikami, większość z nich zachowuje się, jakby nic już im się od życia nie należało. Pobierają kanadyjskie emeryturki, (niektórzy też te “polskie”), opiekują się wnukami prowadząc je grzecznie do parku, czy na huśtawki. Nawet weekendowe wyjazdy uwarunkowane mają przez swoje dzieci. Najczęściej jeżdżą poza miasto ”rodzinnie”, bo przecież ktoś się musi opiekować wnukami. A kto jak nie dziadek, czy babcia najlepiej zadba o to, by maluchy nie podchodziły zbyt blisko ogniska albo nie skakały na główkę do wody? Kto jak nie dziadkowie przygotuje pyszne jedzenie (bo mama i tata, to by tylko na łatwiznę chodzili i serwowali dania ekspresowe, bezwartościowe, a do tego jeszcze furę słodyczy)! Kto zadba o ochronę przed słońcem w postaci kremów z filtrem i odpowiedniej czapki na głowę? Zawsze na podorędziu mają też antidotum na komary, plastry na ewentualne zranienia i aloes w kremie na poparzenia słońcem.

Ale to nie wszystko – zabierają wnuki do lasu, uczą je zbierać grzyby i jagody, uczą rozpoznawać gatunki drzew i dziko rosnące lecznicze rośliny. Często zapraszają wnuki do swoich domów i spędzają z nimi całe dnie na jakichś bezsensownych zajęciach – malowanie farbami, wycinanie, robienie laurek dla rodziców na różne okazje. Na dobranoc czytają po polsku bajki, opowiadają ciekawe historie ze swojego życia. No, a ja się pytam, po co to wszystko? Przecież od tego są rodzice! To oni powinni zająć się swoimi dziećmi i ich wszystkiego nauczyć!

Ja już swoje dzieci wychowałem, Marek ma 34 lata, Agata 28 – oboje założyli już swoje rodziny, a ja nie mam zamiaru wtrącać się w ich życie. Nie powiem, próbowali kilka razy “podrzucić” mi wnuki na weekend, ale kategorycznie odmówiłem. Między innymi z tego powodu rozstałem się z żoną – wieczne ciosała mi kołki na głowie, że przecież dla dziadków nie ma większej radości niż przebywanie z wnukami i uczenie ich co raz to nowych rzeczy. Nie mogłem już znieść tego wiecznego utyskiwania, więc wyprowadziłem się z domu.

Teraz mieszkam w swoim super mieszkanku i mam święty spokój. Rodzina prawie się mnie wyrzekła – trudno, widocznie nie rozumieją, że mnie też się jeszcze coś od życia należy. Kilka dni temu źle się poczułem, myślałem, że to pewnie wina upałów, ale kiedy poczułem silne drętwienie w lewej ręce i zaczęło mi brakować powietrza, przestraszyłem się nie na żarty. Zadzwoniłem do syna – tylko jego numer telefonu miałem “w głowie” i osunąłem się na ziemię.

Obudziłem się w szpitalu Credit Valley, podobno trzy dni byłem w śpiączce. Obok mojego łóżka stali syn, córka i czworo moich wnuków. Maluchy trzymały w ręce laurkę, którą zrobiły specjalnie dla mnie. Na małym kartoniku napisane było: “Dziadku wracaj szybko do zdrowia! Kochamy Cię bardzo! Jasio, Małgosia, Krzysiu i Martynka”. Ps. Jak wyjdziesz ze szpitala zabierzemy Cię na ryby”.

Dzisiaj rozmawiałem z lekarzem – wypuszczą mnie ze szpitala już jutro. Cieszę się jak dziecko! Zdążę jeszcze przed długim weekendem kupić wędki dla siebie i moich wnuków! Wybieramy się całą rodziną na Kaszuby, może i grzybów nazbieramy?