A miało być jak w raju

Apr 3, 2019 at 1:04 pm

Bogusia przyleciała do Kanady osiem lat temu za namową rodziny swojego męża mieszkającej za oceanem od wielu lat. Z optymizmem patrzyła w przyszłość, pewna nadziei na nowe, lepsze życie. Jednak marzenie o raju na ziemi legło w gruzach. Posłuchajmy…

Za miesiąc minie dokładnie osiem lat, gdy wysiadłam z Adamem z samolotu lecącego z Warszawy do Toronto. Byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży, pewna obaw, ale i radości, że nasze dziecko przyjdzie na świat w Kanadzie, a my będziemy mogli mu zapewnić doskonały życiowy start. Witek, brat mojego męża prowadził własną firmę budowlaną i obiecał mu dobrze płatną pracę, a i mnie zapewniał, że nie braknie mi ptasiego mleka.

Prosto z lotniska Witek zawiózł nas do swojego domu – jak się okazało był to tak naprawdę mobile home, w którym Jadzia (żona Witka) przygotowała nam jeden pokój. Nie narzekałam, cieszyłam się, że będę miała do kogo zagadać, gdy Adam będzie w pracy. Już po kilku dniach okazało się, że tak naprawdę Witek ma niewiele zleceń i poza kilkoma drobnymi naprawami nie jest w stanie zapewnić mojemu mężowi przynoszącej dochód pracy. Głupio się czułam na garnuszku Witka i Jadzi, starałam się pomagać jej we wszystkich pracach domowych (niektóre ze względu na ciążę były dla mnie zbyt ciężkie). Tymczasem, dwa miesiące przed planowanym porodem Jadzia oznajmiła, że mamy się wyprowadzić, bo darmozjadów pod swoim dachem trzymać nie będzie. Mimo, iż Adam ma w Kanadzie dużą rodzinę, nikt zbytnio nie przejął się naszą sytuacją. W końcu jedna z kuzynek zaproponowała nam mieszkanie w niewykończonej piwnicy. Nie będę opisywać co czułam, najważniejsze dla mnie było dobro mojego mającego się narodzić dziecka. Na szczęście Adam szybko znalazł pracę i dwa tygodnie przed porodem zamieszkaliśmy w wynajętym (najtańszym jaki mogliśmy znaleźć) skromnym mieszkaniu niedaleko jeziora.

Myślałam, że los się w końcu do mnie uśmiechnął, a on tymczasem po prostu ze mnie zakpił. Okazało się, że nasze mieszkanie jest siedliskiem karaluchów i myszy, a wokół bloku wieczorami gromadzą się zwolennicy “jednego głębszego”.

W takich okolicznościach przyszła na świat nasza córeczka Dominika, moja największa radość. Ale nie dane mi było się cieszyć, bo nie miałam żadnego wsparcia od Adama – nagle zrobił się oschły i ordynarny. Zrzucałam to na karb męskiej ambicji, która cierpiała, że żyjemy w tak złych warunkach. Rzeczywiście, kiedy Dominika skończyła trzy miesiące, Adam oznajmił, że znalazł inne mieszkanie. Znowu czekała nas przeprowadzka, wierzyłam, że tym razem wszystko ułoży się po naszej myśli. Chciałam mieć kontakt z rodziną Adama, brakowało mi zwykłych babskich pogaduszek, porad jak sobie radzić z małym dzieckiem. Kilka razy próbowałam namówić Jadzię, by nas odwiedziła, chciałam, by została matką chrzestną naszej córeczki, ale odmówiła. Iskierka nadziei pojawiła się, gdy przyleciała z Polski matka Adama. Myślałam, że trochę z nami pomieszka, że ucieszy się z wnuczki, od czasu do czasu się z nią pobawi, ale już przy pierwszej wizycie oznajmiła, że przyleciała się zrelaksować a nie zajmować dzieckiem. O, jak bardzo brakowało mi wtedy mojej mamy – gdyby żyła, na pewno oddała by Dominice całe swoje serce.

Zwierzyłam się Adamowi, jak bardzo jest mi przykro, ale on zamiast mnie wesprzeć, bronił swojej matki. Stawał się coraz  bardziej nieobecny w moim życiu, nie mogłam na niego liczyć, do tego zaczął zaglądać do kieliszka i sprowadzać do domu szemrane towarzystwo. Nie miałam nic do powiedzenia – nie pracowałam, byłam na jego utrzymaniu.

Kiedy Dominika poszła do szkoły, próbowałam znaleźć pracę, ale słabo znałam angielski. Kilka miesięcy przepracowałam w serwisie sprzątającym, ale w końcu właścicielka mnie zwolniła, bo zbyt często musiałam zajmować się Dominiką, bo chorowała. Tkwiłam więc w małżeństwie, w którym nie było miłości, zdana na łaskę męża traktującego mnie jak zło konieczne. Wielokrotnie myślałam o powrocie do Polski, próbowałam wyrobić paszport dla Dominiki, ale Adam kategorycznie się temu sprzeciwił.

Nie mogę odejść od męża – nie mam żadnego zaplecza finansowego, nie mam prawa jazdy, sama po prostu sobie nie poradzę. Cierpię więc zawieszona w próżni, licząc na to, że w końcu znajdę gdzieś pomoc i mój koszmarny sen się skończy. Jak na razie nie mam pojęcia do kogo się zwrócić, jak ratować siebie i córkę. Pomóżcie!