Bo co ludzie powiedzą

Apr 10, 2019 at 2:38 pm

Na początku jest bajkowo – ślub, biała suknia, goście życzący wszystkiego najlepszego, weselne dzwony.  Później trzeba stanąć oko w oko z problemami, zwyczajnym życiem, bez tej całej uroczystej otoczki, która towarzyszyła w dniu ślubu. Wiele par znamienne “i nie opuszczę cię aż do śmierci” traktuje z powagą i rzeczywiście wspólnie dożywają pięknego wieku. Bywają też tacy, którzy traktują małżeństwo jak tymczasową zmianę stanu cywilnego. Ale są i tacy, którzy tkwią w związku, w którym dawno zapomniano o wzajemnym szacunku, radości i miłości. Rozmawiają jeszcze ze sobą, ale tylko o zakupach, rachunkach do zapłacenia, czasem (jeżeli takowe posiadają) o dzieciach. Zdarza się, że uprawiają seks – ale tylko sporadycznie, na szybko, bez emocji i czułych słów. Żyją razem, w jednym domu, ale tak naprawdę obok siebie. Dlaczego się nie rozwodzą? Powodów może być kilka – “bo dzieci, bo co powiedzą znajomi, bo u nas w rodzinie nigdy nie było rozwodów”. Zdarza się też, że najnormalniej w świecie nie decydują się na rozstanie, bo kochają swoich partnerów. Tak jak Nina – bohaterka dzisiejszego felietonu. Posłuchajmy…

To była naprawdę wielka miłość – znaliśmy się z Norbertem od lat, a decyzja o małżeństwie była tylko przypieczętowaniem naszego uczucia. Po ślubie mąż adorował mnie jak księżniczkę – ofiarował kwiaty bez okazji, co rano przynosił kawę do łóżka, całował gdy wracał z pracy, przytulał, gdy miałam gorszy dzień. Dwa lata po ślubie urodził nam się syn – duma Norberta. Zajęta dzieckiem nie zauważałam, że zaczynamy się z mężem od siebie oddalać. Nasze wieczorne rozmowy ograniczały się do pytań: Jak minął dzień? Co tam u ciebie w pracy? Nawet seks nie przynosił nam już tyle satysfakcji co dawniej, ba, zauważyłam, że Norbert wręcz go unika. Siedział do późna przed telewizorem, jakby czekał, aż zasnę i dam mu spokój.

Nie mogłam tak żyć, próbowałam rozmawiać z mężem, starałam się ratować małżeństwo, tak bardzo pragnęłam, by było tak jak dawniej. Norbert pewnego dnia oświadczył, że musi odpocząć i… wyprowadził się. Nie mogłam w to uwierzyć! Odpocząć? Od czego – ode mnie, dziecka, małżeńskich problemów? Odpocząć, zamiast próbować je rozwiązać?

Wydzwaniałam do niego codziennie, prosiłam, błagałam wręcz, by wrócił. Walczyłam jak lwica, by nasz syn miał normalny dom i kochających rodziców. Ale Norbert miał za nic wszelkie moje starania – oświadczył, że chce separacji, by przemyśleć swoje życie. Kilka miesięcy później złożył pozew o rozwód. Nie wierzyłam, że posunie się aż tak daleko. Przecież tak bardzo się kiedyś kochaliśmy! A może mi zdawało, może tylko ja kochałam?

Wpadłam w ciężką depresję, brakuje mi Norberta, zaczęłam mieć problemy w pracy, nie mogę się na niczym skupić, brakuje mi motywacji do czegokolwiek. Jedyną moją radością jest syn, dla niego jestem w stanie poświęcić się bez reszty.

W sercu mam wielką zadrę – do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego człowiek, którego tak bardzo kochałam odszedł z mojego życia. W grę nie wchodziła inna kobieta – do dzisiaj Norbert mieszka sam, z nikim się na stałe nie spotyka.

Co drugi weekend zabiera naszego syna do siebie, jest wtedy przykładnym ojcem, dzieciak wraca z tych wizyt szczęśliwy i potrafi opowiadać mi godzinami, jak super było u taty. Z jednej strony cieszę, się, że Norbert ma dobre kontakty naszym z dzieckiem, ale równocześnie ogarnia mnie lęk, że kiedyś przestanę być dla syna autorytetem.

Dlatego też, nie szukam dla siebie żadnego partnera, chociaż bardzo brakuje mi miłości i ciepła drugiego człowieka. Kogoś, komu mogłabym zaufać, kto mnie przytuli, przyniesie rano do łóżka kawę i powie: “Nie martw się, wszystko będzie dobrze?”. Brakuje mi Norberta, po prostu…