Szczęśliwy traf

Apr 16, 2019 at 8:53 am

Mama Doroty często jej powtarzała – każdy dostaje od losu taki krzyż, jaki jest w stanie unieść. Ten, który przypadł w udziale Dorocie był ciężki. Czuła jego ciężar szczególnie po tym, jak spotkało ją kilka nieszczęść. Posłuchajmy…

Nie brałam sobie jakoś szczególnie do serca życiowych sentencji wygłaszanych przez mamę. Ot, ludzkie gadanie. Byłam jedynaczką rozpieszczaną przez rodziców, nie brakowało mi niczego. Wyszłam za mąż za Bogdana – wziętego adwokata, zamieszkaliśmy w jego domu w okolicach Mississauga Road, dwa lata po ślubie urodziłam córkę Sarę, a rok później synka. Nie miałam powodów, by zamartwiać się czymkolwiek – sprawami finansowymi zajmował się Bogdan, zatrudniłam kobietę, która co tydzień sprzątała cały dom, ja w tym czasie siedziałam w salonie kosmetyczno-fryzjerskim, w którym “robiono mnie na bóstwo”.

Wszystko się zmieniło, gdy nasz synek Bartuś skończył dwa latka i zdiagnozowano u niego rzadki przypadek raka mózgu. Na nic zdały się wyjazdy do najlepszych klinik na świecie, spotkania ze światowej sławy profesorami medycyny – ani oni, ani nasze pieniądze nie pomogły, nie wydarzył się cud. Bartek zmarł osiem miesięcy po zdiagnozowaniu guza. Wtedy też zaczęło sypać się nasze małżeństwo – nie potrafiłam pogodzić się ze stratą dziecka, żyłam jak w malignie, całą swoją miłość przelałam na córkę, jakby w obawie, że ją też stracę. Bogdan przestał się dla mnie liczyć, nie potrafiłam, ba, nawet nie próbowałam go zatrzymać, gdy oznajmił, że ode mnie odchodzi.

Miałam dość świata i ludzi, przeprowadziłam się z córeczką w okolicę Orangville – kupiłam tam za otrzymane po rozwodzie pieniądze małą farmę z kawałkiem lasu. Ja, która nigdy nie pracowałam, nie miałam pojęcia o pracach domowych nagle stałam się farmerką. Przesiedziałam godziny przed ekranem komputera, by dowiedzieć się wszystkiego o hodowli kur, kaczek ..i kóz.

Wieczory spędzałam w towarzystwie mieszkającej po sąsiedzku Magdy. To ona pokazała mi rosnące w okolicy zioła, nauczyła jak się doi kozę, piecze chleb, robi owocowe nalewki i jak rozpoznawać jadalne grzyby, które – jak się okazało, miałam na wyciągnięcie ręki w swoim lesie. Poznała mnie też ze swoim kuzynem, Markiem.

Był jak ja, po rozwodzie – żona od niego odeszła, bo dosyć miała życia na wsi i związanych z tym obowiązków. Marek pozostał sam na dużej farmie połączonej ze stadniną koni. Zaczęliśmy się spotykać, czułam, że to coś więcej niż przyjacielskie spotkania. Lubiłam z nim przebywać, słuchać jego barwnych opowieści o koniach, wieczorem siedzieć z nim przy kominku  – było mi dobrze, potrafiłam się wyciszyć. Marek miał też świetny kontakt z moją córką – nauczył ją jeździć konno i każdą wolną chwilę spędzała w stadninie. Jak się okazało – wspólnie uknuli też spisek. W pierwszą rocznicę naszego poznania Marek mi się oświadczył – pierścionek zaręczynowy pomogła mu wybrać Sara…

Właśnie minął szósty rok, od czasu kiedy postanowiłam zostawić wielkie miasto i zostać farmerką. Od czterech jestem żoną Marka, wspólnie wychowujemy Sarę i urodzone niedługo po ślubie bliźniaki Marysię i Krzysia. Kocham moją rodzinę i wiejskie życie, naprawdę wierzę, że każdy człowiek ma moc, by spełnić swoje marzenia.  Nie możemy kontrolować tego, co los nam przeznaczył, ale mamy możliwość wyboru. Nie wszyscy to potrafią, mnie szczęśliwym trafem się udało.