Chwila słabości

Apr 22, 2019 at 9:01 am

Piotr i Barbara bardzo pragnęli zostać rodzicami, ale wszelkie starania o dziecko kończyły się niepowodzeniem. Ciągle jednak wierzyli, że los stanie się dla nich łaskawy i obdarzy maleńką istotką, na którą tak bardzo czekali. Posłuchajmy…

Pobraliśmy się na czwartym roku studiów, zamieszkaliśmy w Welland, w domu, który Piotr otrzymał w spadku po swojej babci. Starowinka zapisała mu również sporą kwotę. Jak na młode małżeństwo start mieliśmy niezły – dom był spłacony, nie musieliśmy zawracać sobie głowy pożyczką hipoteczną, każde z nas miało swój samochód. Trzy pierwsze lata po ślubie były prawdziwą sielanką. Oboje mieliśmy dobrą pracę, a że mamy naturę podróżników, postanowiliśmy zwiedzić najodleglejsze zakątki świata. Rozkładaliśmy na stole mapę, zasłanialiśmy sobie oczy i rzucaliśmy kostkę – miejsce, w którym upadła, było kolejnym celem naszej podróży. I tak żyliśmy między pracą, a podróżami.

Z czasem zaczęliśmy zastanawiać się nad powiększeniem rodziny, myśleliśmy jak to będzie pięknie dzielić się pięknem tego świata z naszym potomstwem. Ale mijał rok, potem kolejny, a ja nie mogłam zajść w ciążę. W końcu wybraliśmy się do lekarza, ten zlecił nam całą masę różnych badań, które w rezultacie nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Ciągle więc próbowaliśmy, aż stało się to prawdziwym koszmarem, żyliśmy między owulacją, a badaniem temperatury i kalendarzem, seks przestał nam sprawiać przyjemność. Stał się narzędziem do spłodzenia potomka. Robiliśmy badania w kolejnych klinikach, aż w końcu w jednej z nich zdiagnozowano nasz przypadek jako niepłodność idiopatyczną, czyli taką, której przyczyna jest nieznana.

Nie mogłam uwierzyć – po tylu badaniach, staraniach, jeżdżeniach do dziesiątek lekarzy nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie możemy mieć dzieci? Postanowiłam udać się po pomoc do specjalistów medycyny niekonwencjonalnej – zdesperowana odwiedzałam gabinety bioenergoterapeutów, znachorów, ba, byłam nawet u wróżki!

Wypiłam litry ziół, zjadłam kilogramy witamin i suplementów – i nic! W końcu zdecydowaliśmy się na sztuczne zapłodnienie (nie powiodło się trzykrotnie) i na in vitro – ale obie próby były nieudane.

Byliśmy wykończeni psychicznie i fizycznie, nieszczęśliwi, pogodziliśmy się z myślą, że nigdy nie zostaniemy rodzicami.

Musieliśmy trochę od siebie odpocząć – na długi majowy weekend Piotr wyjechał z kolegami na żaglówkę, a ja wynajęłam mały domek nad jeziorem w okolicach Gravenhurst. Myślałam, że odnajdę tam spokój i ciszę, tymczasem już pierwszego wieczoru podpłynął do brzegu jeziora kajak i wyskoczył z niego Marcin – mój kolega z czasów szkoły. Byliśmy kiedyś parą, nasze drogi rozeszły się, gdy zaczęłam studia w Toronto, a Marcin wyjechał do Ottawy. Ucieszyłam się z tego spotkania, potrzebowałam kogoś, komu będę mogła się zwierzyć ze wszystkich dręczących mnie problemów, kogoś kto mnie wysłucha, pocieszy.

Wieczór spędziliśmy przy ognisku, pijąc wino i wspominając dawne lata. Z domku obok słychać było muzykę, Marcin poprosił mnie do tańca, przytulił. A potem zatraciliśmy się zupełnie…

Rano nie miałam wyrzutów sumienia, nie czułam się zażenowana, nie było mi wstyd. Potraktowałam noc z Marcinem jak nic nie znaczący incydent. Wróciłam do domu, Piotr przywitał mnie jakiś odmieniony, czuły – od niepamiętnego czasu nie patrzyliśmy na siebie wilkiem. Wziął mnie w ramiona i zaniósł do sypiali…

Kilka tygodni później, kiedy nie dostałam miesiączki, myślałam, że powodem jest moja chora tarczyca. Poszłam do lekarza, ten mnie zbadał i stwierdził, że jestem w ciąży. Nie uwierzyłam, kupiłam kilka testów ciążowych – wszystkie potwierdziły diagnozę. Piotr był w siódmym niebie, przez całą ciążę dbał o mnie, spełniał wszystkie zachcianki. A ja czułam się zdrajczynią wykorzystującą jego dobroć.

Nasza córeczka Maja przyszła na świat dzień przed Wigilią, opiekę nad nią przejął Piotr – przewijał małą, kąpał, gdyby mógł, pewnie by ją wykarmił własną piersią.

Wiele razy chciałam przyznać się do zdrady, powiedzieć Piotrowi, że nie jest ojcem Mai, ale widząc jego miłość do córki nie miałam sumienia, by to zrobić.

W dniu pierwszych urodzin naszej jedynaczki zasłabłam, pogotowie zawiozło mnie do szpitala, gdzie po wstępnych badaniach dowiedziałam się, że jestem w kolejnej ciąży!

Dziś, gdy patrzę na Maję i jej siostrę Kaję widzę, jak bardzo podobne są do Piotra. Może więc się pomyliłam?

Jednego tylko jestem pewna – noc spędzoną z Marcinem zachowam w tajemnicy, do końca swoich dni. Nie pozwolę, by nic nie znacząca chwila słabości pozbawiła szczęścia moją rodzinę…