Jak stary mebel

May 1, 2019 at 2:05 pm

Zosia i Mateusz przylecieli do Kanady ponad ćwierć wieku temu. Oboje pracowici i niezwykle oszczędni, szybko dorobili się własnego domu, w którym przyszła na świat ich jedyna córka Joasia. Nigdy nie ukrywali, że na emeryturę wrócą do Polski, do ukochanego Gdańska. Posłuchajmy….

Dobrze nam było w Kanadzie, chociaż nasza prawdziwa ojczyzna była wiele tysięcy kilometrów stąd. Przeżyliśmy tutaj tyle szczęśliwych chwil – ślub Joasi, a potem narodziny dwóch wnuczek. Zaproponowaliśmy córce i zięciowi, by zamieszkali z nami – dom był spłacony, a my i tak przecież szykowaliśmy się do powrotu. W skrytości ducha cieszyłam się, że będę miała całą rodzinę przy sobie i pomogę Joasi i Markowi przy dzieciach.  Wnuczki były moim oczkiem w głowie, czytałam im bajki, opowiadałam o Polsce, bawiłyśmy się razem, cieszyłam się, że mogę ich uczyć mojego ojczystego języka.

Myślę też, że dla Marka nie byłam teściową taką z dowcipów, wręcz przeciwnie. Nigdy nie wtrącałam się w sprawy małżeńskie mojej córki, nie buntowałam jej przeciwko Markowi, nie próbowałam doradzać jak mają żyć. Mieszkaliśmy co prawda w tym samym domu, ale prowadziły do niego osobne wejścia i nawet kuchnie były dwie. Czasem zdarzało się bym przygotowała dla wszystkich niedzielny obiad, niekiedy Asia zaprosiła nas na kolację. Rachunki za prąd, wodę czy gaz płaciliśmy po połowie. Żyliśmy jak jedna, zgodna rodzina. Tak mi się przynajmniej wydawało…

Dwa lata temu podjęliśmy z Mateuszem decyzję o powrocie do Polski. Załatwianie spraw z tym związanych zajęło nam kilka miesięcy. Pakowanie kontenera z mieniem przesiedleńczym (nie zdawałam sobie sprawy ile rzeczy człowiek nagromadził przez te wszystkie lata), sprawy papierkowe związane z domem, który przepisaliśmy na Joasię i Marka. Tylko jeden pokój zostawiliśmy dla siebie byśmy w razie przylotu do Kanady by rozliczyć podatki i nie stracić ubezpieczenia zdrowotnego, mieli się gdzie zatrzymać. Ba, zostawiliśmy nawet nasz samochód, by móc się swobodnie poruszać, wzięliśmy też zapasowe klucze do domu.

Pamiętam dzień odlotu do Polski – Joasia z Markiem i dziewczynkami odwiozła nas na lotnisko, a ja nie mogłam powstrzymać płaczu. Miałam serce rozdarte na pół – z jednej strony wracałam tam, gdzie mój prawdziwy dom, z drugiej pozostawiałam kawał mojego życia i najbliższych. Pocieszałam się myślą, że przecież za pół roku znowu się zobaczymy…

Sześć miesięcy minęło nie wiadomo kiedy, ani się człowiek obejrzał. Chcąc zrobić wnuczkom niespodziankę, nie podaliśmy dokładnej daty przylotu. Z lotniska pojechaliśmy taksówką, ku naszej uciesze nikogo nie było w domu. Czekała na nas za to niespodzianka – nasze klucze nie pasowały do drzwi wejściowych. Początkowo myśleliśmy, że może popsuł się zamek i Marek wymienił go na nowy. Prawda okazała się jednak inna…

Próbowaliśmy skontaktować się z Joasią, ale nie odebrała telefonu, zostawiliśmy więc wiadomość, że czekamy pod domem. Za chwilę oddzwonił do nas Marek – jego słowa zapamiętam do końca życia. Powiadomił nas, że nie mamy prawa wstępu do JEGO domu, mamy również “sprzątnąć” z podjazdu samochód. Jeżeli tego nie zrobimy w ciągu 24 godzin – odholuje go na złomowisko.

Nie wierzyliśmy własnym uszom, wsiedliśmy do auta i czekaliśmy na Asię. Na próżno, nie pojawiła się tego dnia, ani następnego. Zadzwoniła tylko i poprosiła, żebyśmy spełnili prośbę Marka, a potem dali im święty spokój. Cóż było robić, pierwszych kilka nocy spędziliśmy w hotelu, potem przygarnęli nas znajomi.  Próbowaliśmy skontaktować się z Joasią, tak bardzo chciałam zobaczyć wnuczki – na próżno. Nasza jedyna córka wykreśliła rodziców ze swojego życia.

Wiem, powinniśmy zasięgnąć prawnej porady, ale nie chcę walczyć z własnym dzieckiem.

Mimo, iż nie potrafię poradzić sobie z tym, jak nas potraktowała, życzę jej, by była szczęśliwa. Oby nigdy jej własne córki nie potraktowały jej jak stary, nikomu niepotrzebny mebel…