W zdrowiu, chorobie, dobrej i złej doli…

Jun 5, 2019 at 12:57 pm

Mimo, iż Basia nigdy nie była silną psychicznie osobą, taką właśnie udawała przed znajomymi. Swoje problemy skrzętnie ukrywała przez wiele lat. Posłuchajmy…

Zazdroszczę ludziom, dla których emigracja do Kanady była spełnieniem marzeń. Tak miało właśnie być i ze mną – cieszyłam się jak dziecko, na myśl, że może tutaj odmieni się sytuacja w mojej rodzinie.

Alkohol był w naszym domu od zawsze – świątki, piątki i niedziele, bez niego ojciec nie wyobrażał sobie życia. Tata był sprytny – rzadko zdarzało mu się pić na umór, wolał doprowadzać się do miłego uczucia upojenia, a do tego wystarczało mu wypicie codziennie kilku piw. Zasypiał zwykle potem na kanapie i tyle miałyśmy z niego pożytku. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mama pozwala na takie marnowanie życia sobie i mnie. Ale ona ciągle miała nadzieję, że ojciec się zmieni, poprawi i nawet wtedy, gdy podnosił na nią rękę – na drugi dzień mu wybaczała.

Denerwowała mnie jeszcze jedna rzecz – ojciec jest leniem, nie odpowiadała mu żadna praca, w każdej był nieszczęśliwy,  a jego aktywność w ciągu dnia ograniczała się do jedzenia, picia piwa i spania. Nie raz skarżyłam się babci – matce ojca, prosiłam, by wpłynęła na syna, porozmawiała z nim. Ale bez skutku. Doszło do tego, że babcia zaczęła obwiniać moja mamę (“bo jak mężczyzna jest zadowolony z żony, to nie ma powodów do picia”). Później posunęła się jeszcze dalej – ubzdurała sobie, że mama na pewno ma kochanka i chce porzucić tatę, a on nieboraczek o wszystkim wie i dlatego pije!

Tego było dla mnie juz za dużo – zbuntowałam się, wyprowadziłam z domu i zamieszkałam z moim chłopakiem. Niedługo potem wzięliśmy cichy ślub. Dzisiaj jesteśmy już rodzicami czteroletnich bliźniaków, które nigdy nie widziały swojego dziadka. Postawiłam bowiem ojcu ultimatum – albo przestanie pić, albo nie zobaczy swoich wnuków. Jak widać, nie przejął się zbytnio…

Z mamą spotykam się regularnie, cały czas mając nadzieję, że przemówię jej do rozumu, by nie marnowała sobie reszty życia. Zaproponowałam jej nawet zamieszkanie z nami, ale odmówiła. Przyznała się, że ojciec zaczął chorować – lekarze stwierdzili marskość wątroby. Nie wiem, dlaczego tak się przejęła, przecież to było do przewidzenia! Dalszy scenariusz znam – mama nie zostawi ojca, bo przysięgała mu przed ołtarzem – “w zdrowiu, chorobie… i, że cię nie opuszczę”. Pozostanie z nim do końca z poczucia obowiązku.

Cierpię, bo widzę, że dzieje jej się krzywda, jest smutna i rozgoryczona, a nie wiem jak jej pomóc. Bo przecież nie jest chyba możliwe, żeby po tylu latach upokorzeń kochała jeszcze swojego męża!

Największą pretensję mam do babci, która nie potrafi sobie uświadomić, jaką krzywdę zrobiła swojemu synowi, wychowując go na snobka, któremu wszystko podkładała pod nos. Jej chora miłość spowodowała, że teraz cierpi moja mama. Przecież każdy ma prawo do normalnego godziwego życia. Czy to naprawdę tak dużo?