Wśród ludzi też jest się samotnym

Jun 26, 2019 at 11:59 am

Iwona przez całe swoje życie była bardzo nieśmiała. Ani w szkole podstawowej, ani w średniej nie miała przyjaciółki, której mogłaby powierzyć swoje sekrety. Zamknęła się dla ludzi jak w kokonie, a jedynym jej kontaktem ze światem był internet. Posłuchajmy…

Byłam zawsze typem szarej gąski – nieśmiałej, chowającej się po kątach, przestraszonej. Moje życie nie było usłane różami, a do tego natura poskąpiła mi urody. Ale jak każdy człowiek musiałam gdzieś dać upust swoim emocjom, więc zamiast wypłakiwać się na ramieniu przyjaciółki (której nie miałam), zaczęłam pisać bloga. Pisanie, to jedyny talent jaki posiadałam, – moja edukacja skończyła się bowiem na high school, a o studiach nie miałam co marzyć. Pochodzę z rodziny, w której rządził alkohol – nie będę tutaj opisywać tego, co działo się za drzwiami naszego mieszkania. Jedyne, czego nauczyli mnie rodzice, to nie wyciąganie rodzinnych brudów na zewnątrz.

Chciałam po prostu jak najszybciej się usamodzielnić i uciec, gdzie pieprz rośnie. Byleby najdalej od miejsca, gdzie się wychowywałam.

Pierwszą pracę rozpoczęłam w fabryce aluminiowych opakowań – myślałam, że popracuję tam chwilę, w międzyczasie znajdę coś lepszego, a w rezultacie przepracowałam tam 8 lat!

Mieszkałam samotnie, nigdy nie założyłam rodziny, bo też nigdy mężczyźnie do mnie nie lgnęli. Byłam w kilku krótkich związkach, które rozpadały się szybciej, niż się zaczynały. Moi partnerzy zostawiali mnie dla ładniejszych i mądrzejszych kobiet.

Założyłam więc bloga, na którym byłam anonimowa, nikt nie oceniał tam mojej urody (a raczej jej braku). Mogłam się tam wyżalić, opisać moje pragnienia, kontaktować się z całym światem.

Zaczęło mnie czytać coraz więcej osób, komentowali moje wpisy, prosili o następne. Czułam się potrzebna, ważna, czułam, że komuś na mnie zależy. Zaczęłam się powoli otwierać, wychodzić z kokona. Każdy dzień zaczynałam od sprawdzenia kolejnych wiadomości i odpisywania na nie. Nareszcie miałam swój własny świat i przyjaciół. Zdarzały się też propozycje spotkań w realnym świecie, ale zawsze odmawiałam. Bałam się zburzyć tak misternie zbudowany plan, wolałam żyć marzeniami i wyobrażeniami.

O tym, że nic nie trwa wiecznie przekonałam się kilka miesięcy później, kiedy na przejściu dla pieszych wjechał na mnie rozpędzony samochód. Obudziłam się w szpitalnym łóżku, nade mną stała pielęgniarka i z zatroskaniem powiedziała: “Dzięki Bogu, wróciła pani do nas”.

Nie rozumiałam o czym ona mówi – oświecił mnie lekarz, który za chwilę się zjawił. Okazało się, że w czasie wypadku straciłam przytomność i zapadłam w śpiączkę, z której obudziłam się po dziewięciu dniach. Miałam też wstrząs mózgu, złamaną  prawą rękę i uszkodzony nadgarstek lewej.

Po prawie miesięcznym pobycie w szpitalu wróciłam do domu. Włączyłam komputer – chciałam opisać na blogu dlaczego tak długo milczałam.  Zaczęłam czytać najstarsze komentarze, te z kilku dni po wypadku. Okazało się, że wszyscy o mnie pamiętali, czekali na nowe wiadomości. Z czasem komentarzy było coraz mniej, coraz mniej pytań o mnie, aż któregoś dnia, nie pojawił się ani jeden wpis.

Zrozumiałam w końcu, że internetowe przyjaźnie nie mają prawa bytu. Ot, ktoś może przesłać nam wirtualne serduszko, czy uśmiechniętą buźkę, ale nie przytuli, nie zrobi herbaty, gdy męczy nas grypa. To jednak zdecydowanie za mało…