Wyrodna córka

Jul 10, 2019 at 12:52 pm

Martyna ma 39 lat, nie ma męża ani dzieci, poświęciła swoje życie dla mamy. Dzisiaj zastanawia się czy jest wyrodną córką, czy też ofiarą toksycznej matki. Posłuchajmy…

Tak naprawdę moim wychowaniem zajmowała się babcia, u której mieszkałyśmy z mamą. Ojca nigdy nie poznałam, jedynym śladem, że istnieje były płacone przez niego co miesiąc alimenty. Z dzieciństwa niewiele pamiętam – głównie awantury między mamą i babcią. Prowodyrem kłótni za każdym razem była mama. Kłóciły się codziennie, aż któregoś dnia mama oświadczyła, że się wyprowadza, bo …wychodzi za mąż. W jej nowym związku, nie było miejsca dla mnie – “jak już się urządzę wezmę cię do siebie” – mówiła. Nie chciałam z nią mieszkać, zostałam u babci, tam czułam się bezpieczna i kochana.

Mama odwiedzała nas od czasu do czasu, ale każda z tych wizyt kończyła się kolejną awanturą – zarzucała babci, że mnie źle wychowuje. Czepiała się wszystkiego – tego jak wyglądam, jak się ubieram, jak się zachowuję.Oskarżała babcię, że buntuje mnie przeciwko własnej matce.

W dniu moich 19. urodzin, babcia zasłabła i przewróciła się na podłogę. Przerażona wezwałam pogotowie, lekarz stwierdził rozległy zawał, nie udało się jej uratować…

Pół roku później zmarł mój ojczym, myślałam, że te nieszczęścia połączą mnie w końcu z mamą, ale bardzo się myliłam.

Babcia w testamencie zapisała mi swój dom, postanowiłam więc zabrać mamę do siebie. O dziwo, zgodziła się bez wahania.

Miałam nadzieję, że wspólne mieszkanie zbliży nas do siebie, tymczasem mama zdecydowała inaczej. Ciagle narzekała, użalała się nad sobą, swoim losem i samotnością. Wymagała ode mnie stałej atencji, a ja przecież musiałam pracować, nie mogłam więc być na każde jej zawołanie. Dodam jeszcze, że koszty utrzymania domu i wszystkie zakupy spadły na mnie, od matki nie dostawałam ani centa. Kiedy wspomniałam, że może chociaż trochę dołożyłaby się do naszego wspólnego życia, usłyszałam, że jestem wyrodną córką i moim obowiązkiem jest utrzymywać matkę. Zgodziłabym się z nią, gdyby nie fakt, że ma dopiero 58 lat, jest sprawna fizycznie i umysłowo, więc mogłaby jeszcze znaleźć jakąś pracę.  Szantażowała mnie emocjonalnie, udawała różne choroby, obrażała się nie wiadomo o co, przestawała się do mnie odzywać – wszystko po to, by wzbudzić we mnie poczucie winy.

Czasem zdarzało się, że odwiedziły mnie koleżanki z pracy – wtedy mama przeistaczała się w kochającą rodzicielkę, pełną radości życia, towarzyską. Kiedy tylko za gośćmi zamykały się drzwi wszystko było po staremu. Nie miałam komu się zwierzyć, wyżalić, całe moje życie kręciło się wokół matki.

Boję się też założyć własną rodzinę, świadoma tego, że brak miłości rodziców zostanie ze mną do końca życia. Jaką więc byłabym matką? Kochającą, czy toksyczną? Czy byłabym dla moich dzieci przyjaciółką, czy potrafiłabym je wychować? Same pytania, zero odpowiedzi. Tkwię więc między niepewnością, a potrzebą bycia kochaną.

Wiem, że wiele osób nie jest w stanie tego zrozumieć, bo mają normalne, szczęśliwe rodziny, a w nich normalne matki. Niektórzy pewnie mnie potępią, że wynoszę na forum publiczne rodzinne sprawy. Ale już dłużej nie mogę w sobie tłumić żalu, każdy przecież czuje potrzebę, by zrzucić z siebie ciężar, który latami dźwigał na swoich ramionach. Gdybym miała przyjaciół, mogłabym się im wyżalić… Nie mam jednak nikogo bliskiego, całe swoje życie poświęciłam matce. Ja, wyrodna córka….